Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 marca 2014

Zurawina + cytryna rewitalizuja?

Moje drugie podejście do produktów PAT&RUB. Próba otwarcia się na 'dobro' płynące z tych kosmetyków cały czas było dla mnie na wyrost. Raz cena - dwa im więcej szumu tym większe rozczarowanie. W lipcu minionego roku miałam przyjemność być obdarzoną 'workiem' dobroci od marki, pierwszym opisanym produktem był balsam do rąk klik. Na drugą nogę sięgnęłam po rewitalizujące masło do ciała - żurawina plus cytryna.

250 mililitrów masła otrzymujemy w plastikowym wygodny słoju. Produkt dodatkowo w środku zabezpieczony folią przed wścibskimi nosami ;). Mamy całe 6mc na zużycie masła od momentu otwarcia. 


Konsystencja przyjemna - miękka nie typowo zbita jak to czasem miewamy w masłach. Z łatwością wydobywamy pożądaną ilość produktu i aplikujemy go na ciało. 


 ZOOM na skład: 



+ konsystencja
+ łatwość aplikacji
+ szybko się wchłania
+ po wieczornym zastosowaniu rano czuć go na ciele i wiadomo, że nadal działa
+ bardzo dobrze nawilża
+ nie pozostawia lepkiej warstwy na skórze
+ skład
+ skóra po użyciu masła jest miękka i przyjemna w dotyku
+ dostępność - sephora oraz sklep on-line 

Znakiem rozpoznawczym produktów PAT&RUB poza składem są ich zapachy. Ten wariant jest wyrazisty, mocny i nie należy do typu jak dla mnie relaksacyjnych. Żurawina z cytryną zdecydowanie pobudza i orzeźwia. Nuty zapachowe nie dla każdego, ja jako fanka owocowych nut tym razem czułam się przytłoczona i już wiem, że cytryna nie jest dla mnie. Wolę spokojniejsze aromaty i niestety zapach był główną 'udręką' i mini minusem produktu. Niestety to nie trafia do mnie i po części odbierało przyjemność z użytkowania specyfiku. Niemniej jednak moja skóra go polubiłam i czerpała przyjemność z jego stosowania nos musiał znosić pewne cierpienia na rzecz pielęgnacji. 

Produkt polubiłam jednak nie przepadłam i po raz kolejny zastanawiam się czy faktycznie trzeba sięgać po aż takie produkty aby czerpać dobroczynne składniki. Koszt przyjemności pielęgnacyjnej to 69zł. Dla mnie ciut za dużo. W kwestii marki PAT&RUB nadal pozostaję kosmitą z pytaniem ale o co w tym wszystkim chodzi?

pozdrawiam
.biemi

środa, 19 marca 2014

Post pochwalny.

Poszukiwania idealnej pielęgnacji w moim przypadku nadal trwa. Co raz mniej eksperymentuję i więcej myślę. Jestem na etapie, że wszystkiego co nowe bardzo się 'boję' - szczególnie jeśli chodzi o twarz. Moje podejście do produktów teraz - 'oj nie to nie dla mnie - na pewno mnie zapcha'. Po wielu wpadkach jestem po prostu kompletnie nie ufna. Mimo moich trudności na 'otwarcie się' muszę sięgać po nowe produkty chociażby dlatego, że pory roku się zmieniają a jak wiadomo pielęgnacja również. Przyszedł czas jesienno-zimowy okres grzewczy, nasza skóra woła o odpowiednie nawilżenie i ochronę przed zmianami temperatur. Jak prawie zużyłam lekki krem nagietkowy od Sylveco (idealny na wiosnę/lato) zdecydowałam się na dalsze zapoznawanie się z marką. Przyszła kolej na 'Brzozowy krem z betuliną'. Nie do końca wiedziałam się czego spodziewać - ponieważ w sieci jeszcze nie ma wiele opinii na temat 'normalnych' kremów od Sylveco - lekka formuła zdominowała blogosferę :). Ja swoją sztukę zakupiłam w sklepie ze zdrową żywnością. 

Produkt: Brzozowy krem z betuliną
Pojemność: 50 ml
Cena: ok 27 zł
Dostępność: on-line, sklepy zielarskie, apteki, sklepy ze zdrową żywnością



Skład - krótko i na temat: 



Krem ma bardzo zbitą i treściwą konsystencję - przy pierwszym kontakcie jest jak masło świeżo wyjęte z lodówki, z którym dopiero dobrze się współpracuje pod wpływem ciepła. Dla porównania pokazuję jak konsystencja prezentuje się w brzozowym kremie po lewo i lekkim nagietkowym po prawej stronie (który po tej prezentacji 'wyzionął ducha')



+ skład
+ szybko się wchłania
+ porządnie nawilża
+ można używać go pod podkład
+ nie powoduje, że makijaż szybciej 'znika'
+ nie zapycha
+ nie uczula
+ poprawia kondycję skóry
+ pojawiające się ewentualne niedoskonałości powoli się goiły nie powodował namnażania się ich
+ zapach bardzo delikatny nie drażniący
+ cena
+ wydajność

- krótki okres przydatności - 3 mc 

Stosowałam go również na podrażnioną skórę okolic bikini po depilacji - elegancko ją 'wyciszał' i pomagał w walce z wrastającymi włoskami. 

Produkt na początku może przestraszyć/zniechęcić ze względu na swoją konsystencję. Po rozprowadzeniu twarz się błyszczy jak po oliwce. Obawiałam się, że ze względu na swoją 'ciężką' formułę będzie zbyt treściwy dla mojej cery - obawy okazały się nieuzasadnione ponieważ moja skóry go wręcz 'piła'. Używałam kremu na dzień i na noc. Przy wieczornej pielęgnacji zwykle nakładałam go znacznie więcej niż rano - aby skóra miała czym się 'żywić' przez noc dzięki temu uniknęłam co rocznego zimowego przesuszenia twarzy. Moje potrzeby zaspokoił w 100%. Idealnie wpisał się w tegoroczną aurę. Polecam dla cer zmagających się z miejscowym lub całościowym przesuszeniem twarzy. Moja tłusta strefa 'T' również się z nim lubiła i nie miała problemu, że krem jest bogaty w składniki nawilżające. Cena jak najbardziej adekwatna do jakości nawet można się pokusić o stwierdzenie, że produkt jest wart znacznie więcej. Co raz większa dostępność stacjonarna do tych produktów powinna jeszcze bardziej nas zachęcać do sięgania po takie perełki. 

Podsumowując polecam

Chciałam produkt zgłosić do Pereł Made in Poland jednak zostałam już uprzedzona :) Niemniej jednak jest moja perełka wśród takich kosmetyków. 





Ulubieniec, o który nie jest łatwo. 


pozdrawiam
.biemi

niedziela, 9 marca 2014

Zoom na koncowki.

Posiadając długie i rozjaśniane włosy intensywna pielęgnacja jest niezbędna aby włosy prezentowały się przyzwoicie. Jako osoba, która sobie nie wyobraża funkcjonowania bez suszarki do włosów ochrona i zabezpieczenie ich jest jeszcze bardziej ważne. Maski/odżywki/kompresy/olejowanie itp. ok jednak jeszcze pozostają końcówki, dla których odżywka/maska to nie co za mało. Dobrze było posiadać w swoim arsenale jeszcze produkt je zabezpieczający i nawilżający. Dlatego produkty stricte do końcówek są ze mną od długiego czasu. Dzisiejszy produkt zakupiony głównie przez swoje opakowanie. Zdania są podzielone - pierwotnie miałam myśl aby zawartości się pozbyć i sięgnąć po to co najbardziej potrzebuje z serum czyli pompkę  - jednak pokusiłam się o użycie i wyszło całkiem nieźle. 

Produkt: Avon 'serum na suche i zniszczone końcówki do każdego rodzaju włosów' 
Linia: Advance Techniques daily shine
Pojemność: 30 ml
Cena: od 11 do 22 zł  - w zależności od obowiązującej oferty
Dostępność: Avon






Produktu używam od ok 4 miesięcy i powoli dobija dna. Konsystencja jest dość rzadka jak na tego typu kosmetyk przez co zmniejsza się jego wydajność. Na jednorazową aplikację potrzebujemy dwie lub trzy porcje produktu. Nie należy on do najbardziej treściwych. Moim zdaniem jest ciut za bardzo rozwodniony - osobiście wolę jak serum na końcówki jest bardziej skoncentrowane. Niemniej jednak serum przyzwoicie nawilża końcówki włosów. Nie powoduje przesuszenia tej części włosów ale przez wzgląd na wysoką pozycję alkoholu w składzie u każdego działanie może być inne. Uważam, że to właśnie alkohol powoduje tak różne opinie na temat tego produktu.  Dzięki niemu moje włosy dłużej były ładne po podcinaniu  i znacznie dłużej cieszyłam się przyzwoitymi końcówkami. Prawdą jest, że używałam znacznie lepsze preparaty jednak tu jest nieźle i używam go z przyjemnością.

Nie napiszę, że efekt jest wow i jest to 'musisz to mieć' jednak jest to pozycja godna uwagi.

A Wy czego używacie do zabezpieczania swoich końcówek włosów? 

Pamiętajcie o rozdaniu

pozdrawiam
.biemi


środa, 5 marca 2014

W moim sercu nie ma samby ...

Kolejny produkt, kolejna historia. Na przełomie czerwca i lipca blogi aż kipiały od opinii na temat produktu, który porywał serca prawie jak muzyka nogi do tańca. W sumie fala popularności trwa aż do dziś. Niemniej jednak zauważyłam niestety tendencję spadkową pozytywnych recenzji. W sumie jak 'jakość' produktu w oczach innych spadała ja mimo wszystko sięgnęłam produkt. Jest promocja jest zabawa. 

Produkt: pianka do mycia twarzy
Linia: Youngy 20+ Samba brazylijska z guaraną
Pojemność: 150 ml
Cena: ok 16 zł w promo 10-11zł
Dostępność: drogerie/supermarkety

Mamy produkt i działamy. Po ok 4 miesiącach ciągłego używania Aleppo, o którym pisałam TU zachciało mi się odmiany i rozszerzenia oczyszczania twarzy o piankę myjącą. Plan był prosty - będę używać jej przy porannej toalecie celem zmycia nocnych zanieczyszczeń. Produkt zakupiłam przy okazji promocji w SP -30%. Używałam przez ok 1,5 mc - co dziennie rano  i od czasu do czasu wieczorem. Jak zmysłowa samba wpłynęła na moją cerę? O tym poniżej.



Skład i obietnice producenta


+ konsystencja - sztywna zwarta a zarazem delikatna
+ aplikacja przyjemna
+ zapach przyjemny
+ dostępność

Na tym kończę pozytywną część produktu. Niestety pianka u mnie kompletnie się nie sprawdziła. Przy próbie mycia twarzy wieczorem po wstępnym makijażu - niestety nie potrafiła domyć resztek makijażu. Demakijaż w dniu 'na lenia' pogarsza sytuację - rozmazuje wszystko. Poranna pielęgnacja początkowo przebiegała zadowalająco. Przyjemne odświeżenie niby cacy. Niestety nie trwało to długo i pianka zaczęła powodować spore spustoszenie. Na początku gdzieniegdzie małe wypryski jednak z czasem dołączył do tego spory przesusz w okolicy żuchwy i nosa. Od razu po użyciu uczucie mocnego ściągnięcia nieuniknione.

Nie było skutecznego oczyszczenia. 
Nie było odblokowanych porów.
Nie było odświeżenia i orzeźwienia skóry.

Było napięcie skóry tuż po.
Było nieprzyjemne przesuszenia skóry. 
Było sporo wyprysków

Pozostał niesmak i myśl, że jak to ma się sprawdzić na młodszej bardziej problematycznej cerze z np. wypryskami? Moim zdaniem użycie tej pianki to średni pomysł. Ok jest dużo pozytywnych opinii na temat tego produktu. Spójrzcie na skład i same oceńcie czy te składniki dobrze na Was wpływają i droga wolna. 

Ja nie polecam i pokornie wracam do mydełek :). Choć teraz mam wielką chęć  na żel z Sylveco bo mam wrażenie, że od nich to chyba będzie bezpiecznie ;) 

pozdrawiam
.biemi

pamiętajcie o rozdaniu :)

piątek, 21 lutego 2014

Krzyk, placz i zgrzytanie zebami.

Tytułem wstępu teoretycznie mogłabym zakończyć dalsze rozwodzenie się na temat produktu, który nie pozostawił dobrych wspomnień i aż z lekkim drżeniem serca patrzę w jego stronę. O micelu pewnym słów kilka napiszę.  Preparat swoje przeleżał nabrał tzw. 'mocy prawnej'  - na fali zachwytu nad micelem z biedry zużyłam pod rząd z sześć opakowań (zrobiłam zapasy jak poszła fama, że wycofują... jak została fama odwołana to pozostałam z górą micela do zużycia :)). Wszystko by było pięknie i cudownie gdyby nie natura osoby szybko się nudzącej danym produktem. Wyczyściłam co do kropli ostatnie opakowanie biedromicela i stwierdziłam no to teraz to już czas sięgnąć po to co czeka - a czekało i czekało od lipca 'cudo' z Farmony - pięknie odpicowany micel w nowej szacie - kusi nęci i prosi się aby go użyć Perfect Beauty. 


Pięknie się prezentuje a do tego jeszcze piękniej się pieni (jak zwykle tego się nie czepiam ta tu nawet to mi przeszkadzało). Przy pierwszym użyciu wytoczyłam mu jedno z cięższych dział jakie miałam w swoim arsenale czyt. podkład Revlon CS plus powieki potraktowane czarnym eyelinerem celem konkretnego i wyrazistego smokey eye :). Wymalowałam się jak ta lala i chciałam to zmyć. Okazało się to wręcz nie możliwe do uczynienia za pomocą tegoż produktu. Miałam wrażenie jakby się ślizgał po mojej twarzy nie zbierając prawie nic z tego co sama sobie nałożyłam. Było tego dużo więc wiedziałam, że i dużo będzie zmywania. Ten micel był wręcz nie wzruszony, na próżno było patrzeć czy coś rozpuszcza/usuwa. Moje 'cudne' smokey eye po próbie zmycie rozprzestrzeniło się aż do brwi i w dół kończyło się na granicy oczodołów - wygląd a'la gnijąca panna młoda. 

Jednak na tym nie koniec, że produkt w moim przypadku zachowuje się wręcz odwrotnie niż jest to opisane przez producenta to na domiar złego okrutnie podrażnia oczy. Mimo, że sobie go nie 'wtykałam' wprost do oka to tak paskudnie mnie to wszystko szczypało jakbym centralnie nim polała w otwarte oczy. Po zacnym rozmazaniu tego co miałam zmalowane po całej twarzy poddałam się i wszystko zmyłam mydłem aleppo - ono sobie poradziło bez problemu. 


Pierwsza próba była nie udana - stwierdziłam dobra naładowałam za dużo widocznie od jest z tych delikatnych :). Spróbowałam po raz drugi, trzeci, czwarty - za każdym razem próbowałam dać mu czas na zadziałanie a tu nic. Powtórka z rozrywki, szczypanie pieczenie, zaczerwienione spojówki a makijaż rozmazany rozpaprany nie zmyty. Nie mam pojęcia czy przed zmianą opakowań był tak samo dobry, nie miałabym chyba nawet ochoty sprawdzać :).

Ja go nie polecam a wręcz odradzam - mam świadomość, że u niektórych się sprawdza jednak mam wrażenie, że są w mniejszości :) - po prostu chyba nie warto ryzykować. Są inne - pewniejsze produkty na rynku.. aaale jeżeli jednak pokusicie się o jego zakup i się nie sprawdzi polecam zajrzeć do Arsenic aby zawartość butelki nie wylądowała w zlewie i aby produkt się nie zmarnował. 

pozdrawiam
.biemi 

czwartek, 31 października 2013

Tyle szumu wokol malenstwa...

Z początkiem lata w blogosferze zawrzało. Na wieeelu urodowych blogach dziewczyny wręcz rozpływały się nad 'cudownością' kremu, od może jeszcze nie dla wszystkich znanej marki Sylveco. Czy uzasadnione były ochy i achy przekonałam się na własnej skórze. Potrzebowałam kremu, który nie wyrządzi mi krzywdy (na pewien czas porządnie zraziłam się do typowo drogeryjnych kremów), do minimum chciałam zredukować ryzyko zapchania i nieurodziwego wyglądu. Po opisach w których o pochwały nie było trudno sama sięgnęłam po Lekki krem nagietkowy i przeszłam do ataku. Nie chcąc kupować produktu on line udało się go zakupić stacjonarnie w sklepie zielarskim. 

Za ok 30 zł (cena waha się w zależności od miejsca, w którym je zakupujemy) otrzymujemy 50 ml produktu, który wg producenta jest hipoalergiczny. Krem zamknięty jest w bardzo higienicznym do dozowania pojemniczku z pompką. 



Skład plus słowo od producenta:

Woda,  Olej z pestek winogron,  Olej sojowy,  Sorbitan Stearate & Sucrose Cocoate,  Masło karite (Shea),  Stearynian glicerolu,  Olej arganowy,  Olej jojoba, Kwas stearynowy,  Alkohol cetylostearylowy,  Alkohol benzylowy,  Betulina, Witamina E,  Ekstrakt z aloesu,  Alantoina,  Guma ksantanowa,  Kwas dehydrooctowy,  Ekstrakt z nagietka lekarskiego,  Ekstrakt z mydlnicy lekarskiej, Lupeol,  Kwas oleanolowy,  Kwas betulinowy 




Słowo od .biemi:

Krem jest rzeczywiście jak nazwa wskazuje lekki nawet można rzec ultralekki. Idealny na dzień i okres wiosenno/letni. Dobrze sprawdza się pod podkład. Bardzo szybko się wchłania. Konsystencja lekka co ułatwia wygodną aplikację i rozprowadzanie kremu. Nie pojawiły się niedoskonałości, moja cera bardzo się z nim polubiła bo nie robi 'kuku'. Zauważyłam, że pod czas jego stosowania w czasie około okresowym pojawiało się mniej nieprzyjaciół, a jak już były to się nie rozsiewały i szybciej wszystko wracało do normy.  Skład jest bardzo przyjazny dla nas dlatego też dzięki temu moje zdanie ma pozytywny wydźwięk. Jestem z kremu na prawdę zadowolona sięgam po niego z chęcią. Jednak mam wrażenie, że mój zachwyt byłby większy gdybym sięgnęła po niego wcześniej jeszcze przed okresem włączone ogrzewania w mieszkaniach. Ponieważ niestety teraz dla mojej skóry jest on za lekki. Dlaczego? - zwykle mam jeden krem do twarzy, nie ma u mnie rozróżnienia na noc na dzień. Zawsze sięgając po nowy produkt liczę, że będzie wielozadaniowy na noc i na dzień. Możliwe, że to rozumowanie nie jest do końca właściwe jednak do tej pory udawało mi się to osiągnąć z różnym skutkiem. Z kremu nie zrezygnuję bo rewelacyjnie sprawdza się pod podkłady i dodatkowo nie obciąża cery na początku dnia. Po prostu muszę zmienić przyzwyczajenie i sięgnąć po coś 'cięższego' na noc aby cera była pięknie przygotowana na nowy dzień. 

Technicznie po dwóch miesiącach codziennego użytkowania czuję, że jeszcze produktu zostało mi na kolejne dwa miesiące więc wydajność zadowalająca. Jedynym technicznym minusem może być dostępność. W moim mieście tylko w sklepie zielarskim go widziałam. On line nie ma problemu z zakupami ale wiadomo, że to zwykle wiąże się z przesyłką i dodatkowymi zakupami :) 

Podsumowując produkt godny polecenia i sięgnięcia po niego. Jednak ja gdy zakończę opakowanie poczekam do wiosny po kolejną partię:). Na pewno nie jest to produkt dla każdego. U mnie było dobrze ponieważ moja cera jest mieszana z tendencją do wyprysków. 

A Wy miałyście przyjemność stosować to mazidło? 
Uważam, że szum wokół tego 'maleństwa' jest jak najbardziej uzasadniony.

pozdrawiam
.biemi

poniedziałek, 15 lipca 2013

Miraculum SOS dla skory z problemami KREM NORMALIZUJACY

W okolicach kwietnia niezastąpiona Angel wypuściła na światło dzienne bardzo pozytywną recenzję kremu marki, której kompletnie nie znałam ba nawet nie wiedziałam o jej istnieniu. Potem nastąpiła reakcja łańcuchowa - Angel rozpoczęła inicjatywę 'Made in Poland' mającą na celu poszukiwanie naszych rodzimych produktów w atrakcyjnie niskich cenach, które mogą nosa utrzeć tym, którzy na reklamę wydają krocie windując cenę nieadekwatnie do jakości. Pokrótce przedstawiłam to co spowodowało, że zaczęłam 'poszukiwać' produkty Miraculum. Wspomnę jeszcze o tym, że czytając iż produkty są dostępne 'od ręki' w naszych drogeriach to nie wierzyłam - jak poszłam i zobaczyłam na własne ślepia, że rossmann, natura mają je normalnie legalnie na półkach to zaniemówiłam - ot prosty wniosek przez to jak produkty są ułożone na półkach jesteśmy 'ogłupiani' i nasz umysł nie wychwytuje wszystkiego... 

Opinii o kremach marki Miraculum w sieci jak na lekarstwo, po w sumie nie długich rozmyślaniach stwierdziłam, że zdecyduję się na krem, który w swojej obietnicy od producenta ma nam znormalizować stan cery i 'ogarnąć' strefę T.

Technicznie dostajemy bardzo ładny i porządny szklany słoiczek w tekturowym opakowaniu. Konsystencja 'w sam raz' dobrze kremowa, nie lejąca się i niezbyt zbita, dzięki czemu aplikacja jest łatwa i przyjemna.  








Krem przeznaczony do stosowania na dzień, odpowiedni pod makijaż - ułatwiający pielęgnacje, ma nawilżać i matowić. 

+ konsystencja - aplikacja bardzo przyjemna 
+ szybko się wchłania
+ nie ściąga skóry
+ pozostawia uczucie wygładzenia
+ odpowiedni pod makijaż - nie powoduje szybszego schodzenia podkładu
+ przyjemny delikatny zapach
+ wydaje się być wydajny ja po stosowaniu go prawie 2mc nie zużyłam połowy opakowania
+ matuje - cera dłużej pozostaje zmatowiona
+ cena - za 50ml zapłacimy ok 22zł
+ dostępność - wbrew pozorom wszędzie możemy go wypatrywać - drogerie/supermarkety/on line

Na tym koniec pochwał. Produkt niby niepozorny, który dał mi nieźle popalić. Jego działanie mogę porównać do pielęgnacji włosów silikonami niby ładnie pięknie ale jak zmyjemy jest źle nieładnie i ogólnie kiszka. Początkowo byłam bardzo zadowolona z działania - odpowiednie nawilżenie(nie powalające ale ok), ułatwiał aplikację podkładu, który na kremie bardzo dobrze się trzymał. Z czasem jednak było co raz gorzej już po ok 2 tygodniach od moich początków z nim zaczęło pojawiać się co raz więcej nieładnych zaskórników - zrzuciłam winę wtedy na moje lenistwo i opuszczenie się w 'maseczkowaniu'. Wróciłam do odpowiedniego rytmu w pielęgnacji a tu zamiast lepiej robi się co raz gorzej. Odstawiłam krem na ok 3 tygodnie, 'podleczyłam' cerę i stwierdziłam, że jak jest ok to jeszcze raz dam mu szansę aby mieć pewność co do niego. W okresie kiedy stosowałam krem był on jedynym nowym produktem w pielęgnacji dlatego łatwiej było ocenić mi kto jest winowajcą.  Zaczęło się od zaskórników na nosie, potem przeniosło się wszystko na policzki/czoło. Pisząc krótko zapchał mnie niemiłosiernie. Nie wysuszył, nie podkreślił skórek ale zapchał tak, że już mija ponad 1,5 mc jak go nie stosuję a jeszcze cały czas się 'leczę' i próbuję nadać odpowiedni rytm mojej cerze. Jest już dobrze jednak nie bardzo dobrze. Produkt rozchwiał moją pielęgnacje tak, że z pewnym wyrzutem patrzę w jego kierunku. Tak jak do tej pory całe zło przypisywałam glicerynie w kremach tak teraz przypiszę całe zło silikonom, które mnie zwiodły ładnym wygładzeniem twarzy równocześnie włażąc gdzie się da. Krem ten spowodował podobne spustoszenie jak baza pod makijaż z Virtual - jednak wtedy bazę stosowałam doraźnie a tu na własne życzenie dolewałam oliwy do ognia przez ok 2 mc.

Podsumowując produkt nie zasłużył na miano Perły. Uważam, że nie sprawdzi się przy cerze problematycznej - może jedynie pogorszyć stan. Można go użyć doraźnie jako bazy pod makijaż jednak dłuższe stosowanie grozi zapchanie. Nie polecam niemniej jednak warto się przyjrzeć ofercie Miraculum ponieważ jest dość bogata i na pewno można znaleźć perłę dla siebie. Ja dzięki temu, że krem ten tak spustoszył moją twarz sięgnęłam w końcu po krem do samodzielnego ukręcenia. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ;). 

a Wy sięgnęłyście już po kremy z Miraculum? 

pozdrawiam
.biemi

sobota, 13 lipca 2013

Zbedny? Niezbedny?

Dla mnie - obowiązkowy! o co chodzi wyjaśnię poniżej :). 

Jest 'wyjście' w sukience bez rękawów/bluzka na ramiączka, za oknem temperatura nie pozwalają na wyjście 'solo' w kiecce/bluzce, zakładasz żakiet/marynarkę/sweter czyt. okrycie wierzchnie i co wtedy dzieje się z Twoimi pachami? Bezpośrednio ocierają się o materiał rzeczy, której nie chcesz prać po każdym użyciu - można to z lekkim podciągnięciem porównać do noszenia spodni bez dolnej części bielizny :) - nawet stosując blokery skóra pod pachami zawsze wydziela jakąś ilość potu, który jest wchłaniany w materiał - nie będę się zagłębiać co się wtedy tam dzieje jednak można sobie wyobrazić, że nie jest wesoło gdy zakładamy wspomniane wyżej okrycie wierzchnie bez ówczesnego uprania i postępujemy podobnie. 
Można tego wszystkiego oczywiście uniknąć zakładając zawsze ubrania z rękawem, ale po co jeżeli są 'wkładki', które są higieniczne i zabezpieczają przed wsiąkaniem potu/nieprzyjemnych zapachów w materiał pozwalając na to aby rzeczy dłużej spełniały swoją świeżą funkcję :). 
Takiego 'cudaka' możemy obecnie dostać w Rossmannie.
Prezentuje się to następującą:






W opakowaniu z ok 15 zł otrzymujemy siedem par wkładek, gdzie każda z nich jest osobno zapakowana i zabezpieczona przed ewentualnym zniszczeniem. Montowanie tego cuda jest bardzo łatwe wystarczy przymierzyć do siebie rękaw, w którym miejscu dokładnie wypada stykanie się pachy z rękawem i najlepiej jak rzecz wisi na wieszaku 'zamontować' wkładki, które później sobie tam tkwią aż do samodzielnego ich usunięcia. 
Wkładki dobrze przyklejone nie wędrują jeżeli przyklejamy je na podszewkę dobrze aby przed dokładnym dociśnięciem wkładki wyrównać podszewkę dzięki czemu unikniemy dyskomfortu w  noszeniu okrycia. Po odklejeniu klej nie zostaje na ubraniu - jest to podobnie jak z klejem na wkładkach higienicznych tylko tu powierzchnia jest większa. 

Czy to jest gadżet? - wg mnie tak, czy zbędny? - oczywiście, że Nie! Moim zdaniem jest to pozycja obowiązkowa ;) Nie powoduje zmniejszenia działania antyperspirantów unikamy tzw. nietoperzy pod pachami i nieestetycznych plam, które straszą jak widmo w nocy. 
Jest to produkt tak fajnie pomyślany, że szok dla mnie to odkrycie - niby nic a daje tak dużo i pozwala na bardziej higieniczne 'noszenie się' :) Trzeba wypróbować aby wiedzieć jak jest z tym dobrze. 

A Wy uważacie to za rzecz zbędną czy niezbędną? 
pozdrawiam
.biemi

środa, 10 lipca 2013

Nawilzenie na ktore mozemy sobie pozwolic.

Ba, nawet musimy :). Balsam balsamowi nie równy, jest tego wszystkiego wszędzie na pęczki można wybierać przebierać, co rusz kupować coś nowego. Możemy wydać na balsam grosze lub jakieś bajońskie sumy, które czasem się w głowie nie mieszczą ;). Sama wiele na balsamy nie przeznaczam, jestem nie systematyczna skóra nie jest jakoś bardzo wymagająca więc do tego aspektu pielęgnacji podchodzę po macoszemu. Często mam problem ze zdenkowaniem takiegoż produktu bo używam i używam końca nie widać a on np. mi się już znudził. Jednak chyba trzeba trafić na ten jedyny aby do balsamowania podejść z większym entuzjazmem :). Pierwszy raz spotkałam się z tym, że mazidło do ciała mnie zachwyca i na całe szczęście jest to nie byle jaki produkt :) To co mnie zachwyciło to emulsja nawilżająca do pielęgnacji ciała z firmy Iwostin. 

Produkt zamknięty w średnio wygodnym opakowaniu - przy końcówce trzeba rozciąć aby ujrzeć sporą ilość produktu, która może starczyć spokojnie na 4-5 aplikacji przy czym jeżeli produkt jest rozcięty trzeba go bardzo szczelnie opakować bo szybko wysycha. Konsystencja średnio zwarta - łatwa w aplikacji. 




Różne balsamy używałam, różne oliwki i żaden produkt tak rewelacyjnie się nie wchłaniał przy okazji pozostawiając skórę miękką i bardzo dobrze nawilżoną. Pozytywne uczucie pozostawało na długi czas nie raz zdarzało się, że aplikowałam produkt wieczorem - rano skóra prosiła się o więcej. Używając tego balsamu zauważyłam poprawę kondycji mojej skóry, jak dotąd nie wierzyłam, że balsam może działać. Nie potrafię powiedzieć czy sprawdziłby się na mega suchej skórze, jednak śmiem twierdzić, że nie będzie rozczarowania. Używałam produktu w czasie przedwiośnia, kiedy skóra jest bardziej wrażliwa niż kiedykolwiek i jest zmęczona po zimie. Ten balsam nadał takiej gładkości i elastyczności. Dla mnie w tym przypadku niezaprzeczalną zaletą produktu jest brak zapachu. Pierwszy raz używałam bezzapachowej opcji do mazania ciała i stwierdzam, że nie ma nic lepszego jest tak neutralnie i czysto - dzięki temu jak jest intensywny zapach żelu pod prysznic to balsam ten lekko go utrwali nie mieszając zapachów. 

Przy użytkowaniu produktu minusów brak. Technicznie opakowanie nie do końca wygodne do zerowania. Pojemność 200 ml wystarczyła mi na nieco ponad miesiąc codziennego stosowania. Stosunek ceny do wydajności trochę średni - bo za tubę 200 ml zapłacimy ok 26-30zł. Jednak zestawienie ceny do działania - tu argumentów przeciw brak ponieważ warto. 

pozdrawiam
.biemi

sobota, 15 czerwca 2013

Ziolowy ogrod od ewy

Ziołowy chyba tylko z nazwy...Początkowo bardzo zadowalający aby z czasem nieźle mnie przeturbować. Żel do mycia twarzy z Eva Natura z serii Herbal Garden z nazwy ma łagodzić i oczyszczać w praktyce bywa różnie. Produkt zamknięty w wygodnej tubie - prezencja miła dla oka kusi i wabi aby go zakupić ale nie dajmy się zwieść pozorom. 


Stosunkowo niedawno Annathea pisała u siebie na blogu, że potrzebuje pomocy bo wyżej pokazany żel mocno ją przesuszył - stwierdziłam wtedy 'nie możliwe' przecież jest super :) jednak to były ok 2 tygodnie od rozpoczęcia użytkowania. Jednak jak napisałam, że u mnie po nim jest ok tak zaczęły się schody. Nie miałam klasycznego 'wysypu' że skóra się oczyszcze. U mnie negatywne skutki użytkowania specyfiku zaczęły się niepozornie od lekkiego świądy po obu stronach na rzuchwie - stwiedziłam alergia coś zdjadłam i się zrobiło, jednak problem zaczął się pogłębiać, do świądu zaczęły dochodzić małe czerwone krostki, głowię się i troję co jest tego przyczyną nadal zrzucam winę na alergię. Zmiany pogłębiały się prawie z dnia na dzień - na koniec doszedł meeega przesusz tych okolic takie chorobowe płaty przesuszonej skóry mi się zrobiły - z daleka nie raziło to bardzo po oczach jednak przy bliższym przyjżeniu się nie było dobrze. Leki przeciwalergiczne nie pomagały problem się nasilał - przestałam nakładać podkład aby wszystko mogło oddychać i w sumie po ok 1,5 tygodnia przypomniałam sobie, o notce Annathei i odstawiłam żel. Żel został odstawiony problem zaczął się leczyć - po dwuch dniach było znacznie lepiej - świąd ustąpił a krostki powoli zaczęły schodzić a przesusz został dobrze nawilżony. Jakiś czas temu twierdziłam, że żel z Vichy jest zbyt mocny - jednak on to pikuś przy tym .

Skład:

Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Cocamide DEA, Glycerin, Sodium Chloride, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Allantoin, Trifolium Pratense (Clover) Flower Extract, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Parfum, Lactic Acid, DMDM Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone / Methylisothiazolinone, Propylene Glycol, Tetrasodium EDTA, Limonene, Linalool

Nie polecam go nikomu nie warto - nie jestem pierwsza, która została przez niego źle potraktowana - lepiej omijać - ja zakupiłam do kompletu tonik, który ma przyzwoity skład - przy toniku pofatygowałam się o spojrzenie na skład z żelem było tak, że wzięłam i już tym razem nie trafiłam dobrze. 

pozdrawiam
.biemi

poniedziałek, 13 maja 2013

Wszystko co dobre...

.. szybko się kończy. 

Nie ma jak tego przeskoczyć ot co. Kolejny raz zbierałam się z recenzją i zbierałam się aż ogłoszono, że produkt wycofują!! W sumie minęło tylko 6mc od kiedy zakupiłam pierwsze opakowanie...  Dobrze wiadomo o czym piszę :) wszem i wobec już wiadomo, że micel z Biedronki został wycofany - jedynie to co pozostało jest jeszcze dostępne na półkach. Jak do dziś udało mi się zużyć tylko trzy opakowania. Mimo wszystko zdążyłam stwierdzić, że z chęcią przygarnęłabym go na dłużej tylko kupowałabym co róż nowe opakowania. Może nie każda z nas się z nim pokochała, jednak za tą cenę ja jestem w 100% usatysfakcjonowana!!
Jeżeli jeszcze ktoś się na niego nie skusił to ma ostatnie chwile na to - ponieważ nie ma żadnej informacji aby mieli dać coś 'zamiast' :/  Z takimi decyzjami się nie dyskutuje. Jednak cały czas zastanawia mnie czemu wypuszczają coś dobrego na rynek - produkt, który podbija serca użytkowniczek aby później rach ciach i go wycofać od tak? Nikt nie stwierdził, że produkt jest szkodliwy tudzież niebezpieczny. To co tak szybko skończył się kontrakt? czy jak to nazwać inaczej na produkcję? Czy może okazało się, że produkt powinien być droższy? Nie rozumiem takiej polityki i tyle to jak z kremem do mycia twarzy z Alterry. Rozkochuje paskuda w sobie aby później zniknąć i zostawić Ciebie z niczym ;). 

Niemniej jednak produkt zamknięty jest w prostej i dość wygodnej w użytkowaniu butelce. 


to co producent obiecuje plus zoom na skład


Produktu używałam głównie do wstępnego demakijażu zazwyczaj głównie oczu :). 

+ nie podrażnia
+ oczy nie szczypią 
+ nie jest zimny :) tak jak mleczka do demakijażu
+ z łatwością zmywamy tusz do rzęs czy eyeliner
+ nie pieni się 
+ nie pozostawia tłustego filmu
+ do tej pory dostępność bo w każdej biedronce był... 
+ wydajny 
+ cena całe 4,30 za 200 ml produktu 

- dozownik - dość często mam problem z otwarciem opakowania jest tak tępo 
- został wycofany!!!

Nie ukrywam, że jestem rozczarowana decyzją jaką jest wycofanie tego micela ze sprzedaży. Jak na razie zakupiłam kilka buteleczek na zapas - długa data ważności więc luz - ale czy jest sens? Nie lubię robić aż takich zapasów nie należę do ekstremalnych chomików ;) lubię po prostu mieć jedną butelkę na zapas a nie dziesięć bo tak dziwnie wtedy jest jakby komuna miała się wkraść w nasze skromne progi. 

A Wy go pokochałyście i też będziecie tęsknić? Czy może jest to całkowicie Wam obojętne?

pozdrawiam
.biemi

sobota, 20 kwietnia 2013

Tonik od Ziai - ten w czerwonej butelce ...

Z nie do końca znanych mi przyczyn systematycznie sięgam po toniki z Ziai. Jednym z powodów na pewno jest cena i dostępność. Jenak zastanawiając się nad działaniem na moją skórę to jakoś zaczynam powoli tej systematyczności nie rozumieć. Generalnie tonik jak tonik, byleby nie podrażniał i nie było uczucia pieczenia ale czy to wystarczająco? Im dłużej ich używam zaczynam oczekiwać więcej - dostaniesz palec zaraz chcesz całą rękę ;). W swoim posiadaniu miałam już cztery różne toniki z Ziai za każdy razem inny i za każdym razem to samo działanie - mimo innego dopasowania wg producenta do potrzeb skóry. Dziwne, mam wrażenie, że produkty różnią się jedynie zapachem i kolorem buteleczki jak również opisem produktu ;) Przeglądając etykiety faktycznie produkty różnią się od siebie minimalnie - czasem tylko kolejnością na etykiecie, czasem w jednym coś jest w drugim czegoś nie ma. Zaczynam się  zastanawiać nad sensem rozgraniczania produktów z racji dopasowania do rodzaju cery jak każdy z nich jest do siebie bardzo podobny? Czy można się pokusić o stwierdzenie, że to jest zwykły chwyt marketingowy mający na celu ogłupienie konsumenta i danie mu złudnego wyboru? Lubię firmę jednak w tym przypadku jest to mydlenie oczu. 

Co do samego toniku. Tym razem wybrałam wersję z 'płatkami róży' skierowany do cery suchej i wrażliwej - tonik do złudzenia przypomina wersję z nagietkiem klik, która jest dla cery normalnej i suchej 


zoom na skład: 





Przed rozpoczęciem pisania recenzji zastanawiałam się czym ten produkt, różni się od wersji nagietkowej. Nie znalazłam żadnej różnicy w działaniu, jedynie zapach jest ciut inny bo w końcu mamy ekstrakt z róży :). Wizualnie różni się kwiatkami na buteleczce ;) i butelka wpada lekko w róż :). Dlatego też tytułując posta napisałam 'ten w czerwonej butelce' bo wg mnie oba na pierwszy 'rzut' oka są czerwone i nie ważne który się wrzuci do koszyka zastaniemy to samo ;) 

co produkt robi a czego nie:

+ odświeża skórę po demakijażu i myciu twarzy
+ nie podrażnia
+ ułatwia wchłanianie się kremu 
+ nie napina skóry
+ nie zapycha
+ nie pojawiają się nowi nieprzyjaciele 
+ regularne stosowanie pozwala utrzymać równowagę na twarzy
+ dzięki nie mu mniej skóra wydziela sebum
+ dostępność
+ cena waha się od 5 do 7 zł

Minusów nie ma. Natomiast po kolejnej butelce zaczynam czuć nie dosyt. Jeszcze nie wiem co chciałabym aby robił ale najzwyczajniej czuję się nimi znudzona. Jak również fakt, że poszczególne warianty różnią się ekstraktem wg nazwy na etykiecie to działanie jest takie samo. Można by rzec, że nastąpiło u mnie zużycie materiału. Niemniej jednak uważam, że warto spróbować bez oczekiwania na wielkie fajerwerki :). 

pozdrawiam
.biemi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...